Dziś tłusty czwartek, 12 lutego. Od rana cukiernie przeżywają oblężenie, w biurach piętrzą się kartony z lukrem, a w domach pada klasyczne zdanie: „Biorę tego z różą”. Internauci już ochrzcili najbliższe dni mianem kalendarzowego trójkąta bermudzkiego. Najpierw pączki, potem piątek 13, następnie walentynki, a zaraz po nich Dzień Singla. Cztery daty ustawione jedna za drugą. Bez przerwy na oddech.
Tłusty czwartek ma w Polsce długą historię. Dawniej jadano tłuste potrawy na zakończenie karnawału. Pączki nie były słodkie. Bywały nadziewane słoniną. Z czasem cukier wygrał. Dziś króluje róża, lukier i cukier puder, który zdradza każdego łasucha szybciej niż monitoring w sklepie.
W wielu miastach pierwsi klienci ustawiają się jeszcze przed otwarciem. Część bierze po dwa. Część po dziesięć. Jeden z właścicieli cukierni opowiadał kiedyś, że rekordzista kupił ponad sto pączków „dla znajomych”. Godzinę później wrócił po kolejne trzydzieści, bo „znajomi się rozmnożyli”.
W biurach scenariusz jest podobny co roku. Ktoś przynosi pudełko. Pada hasło: „Częstujcie się”. Po piętnastu minutach zostaje ostatni pączek. Wszyscy patrzą. Nikt nie chce być pierwszy. W końcu ktoś mówi: „Dobrze, poświęcę się”. Poświęcenie trwa trzy sekundy. Innych żal ściska nieco dłużej

Krąży historia o mężczyźnie, który w tłusty czwartek wpadł na pomysł, by sprawdzić, ile pączków zje bez popijania. Skończyło się na czterech i długiej przerwie na herbatę. Inny przypadek dotyczył konkursu w radiu, gdzie zwycięzca zjadł kilkanaście sztuk w kilka minut. Nagrodą był zapas pączków. Ironia dnia.
Są też bardziej przyziemne zdarzenia. Pączek w torbie z laptopem. Mikołajowa broda z lukru na rozmowie o pracę. Pączek zgnieciony w kieszeni ulubionego płaszcza. Pączek, który wypadł z pudełka tuż przed wejściem do domu. Tłusty czwartek to dzień, gdy (nie)fortunne przypadki przejmują część statystyk sprzedaży.
Klasyczny pączek z różą to około 300–350 kilokalorii. Cztery sztuki dają wynik, który aplikacje fitness zapisują z powagą. W odpowiedzi internet podsuwa rozwiązania. Szybki marsz przez pół miasta. Wchodzenie po schodach zamiast windy przez tydzień. Mycie okien. Mycie samochodu. Albo metoda najbardziej popularna: odłożenie kalkulatora do jutra. Bo przecież szczęście nie mieści się w tabelkach.
Nie brakuje też bardziej kreatywnych pomysłów. Ktoś proponuje taniec przy sprzątaniu. Ktoś inny serię przysiadów przed każdym kolejnym kęsem. W praktyce kończy się na kolejnym kęsie.
Gdy cukier puder opadnie, nadchodzi piątek 13. Dla jednych zwykła data. Dla innych dzień, w którym lepiej nie testować szczęścia. Jedni żartują, że po czterech pączkach pech już nie straszny. Inni sprawdzają, czy na pewno mają przy sobie klucze i portfel. W sieci pojawiają się grafiki: „Najpierw kalorie, potem przesądy”.

14 lutego w kalendarzu świeci czerwienią. Restauracje przyjmują rezerwacje, kwiaciarnie szykują dostawy, a komunikatory puchną od wiadomości z serduszkami. Tuż po walentynkach swoje święto mają single. Bez kwiatów, za to z dystansem i humorem.
Internauci piszą wprost: „To nie weekend, to maraton”. Najpierw walka o ostatniego pączka, potem walka z przesądami, następnie wyścig po kwiaty. Kalendarz na połowę lutego zapełniony gęściej niż pudełko z pączkami o ósmej rano. Kto przetrwa, ten może spokojnie spojrzeć w kalendarz i spokojnie czekać na topienie marzanny.