Od 1 stycznia 2026 roku mieszkańcy gminy Nowe Miasto nad Wartą będą musieli zmienić codzienne nawyki. Zużyte chusteczki higieniczne i ręczniki papierowe trafią nie do zmieszanych, ale do nowej frakcji bioodpadów kuchennych. Brzmi technicznie, a w praktyce oznacza dla mieszkańców wydatek na nowy pojemnik, a w perspektywie – wyższe opłaty za odbiór śmieci.
Rada Gminy Nowe Miasto podjęła uchwałę, która dzieli bioodpady na dwie frakcje: zielone i kuchenne. Do tych pierwszych zaliczono trawę, liście czy gałęzie. Do kuchennych – resztki jedzenia, obierki, fusy z kawy i herbaty, a także wspomniane ręczniki i chusteczki. Zmiana wejdzie w życie 1 stycznia 2026 roku.
Każdy właściciel nieruchomości będzie musiał wyposażyć się w pojemnik kuchenny BIO o pojemności 80 litrów. Koszt zakupu spadnie na mieszkańców, a termin zakupu wyznaczono do 31 grudnia 2025 roku.
Samorząd określił dokładne parametry. Pojemnik musi być brązowy, wentylowany, na kółkach, z napisem „BIO”. Na bioodpady zielone gmina dostarczy większe, 240-litrowe pojemniki. W przypadku frakcji kuchennej koszt spadnie na właścicieli posesji. Firma zajmująca się odbiorem śmieci zapowiedziała, że jeśli wygra przetarg na 2026 rok, mogłaby wyposażyć mieszkańców w pojemniki bezpłatnie, ale nie ma gwarancji, że tak się stanie.

Zmiany obejmują też popiół. Dla domów ogrzewanych węglem czy drewnem przewidziano osobne szare pojemniki oznaczone „POPIÓŁ”. Minimalna pojemność wzrosła z 80 do 120 litrów.
Nowe przepisy przewidują sankcje. Brak segregacji lub błędne wyrzucanie odpadów może skutkować podwyższonymi opłatami – nawet kilkakrotnie wyższymi od standardowej stawki.
Podział bioodpadów na kuchenne i zielone testują już Suwałki. Tam rozdano mieszkańcom małe pojemniki i sprawdzane są efekty pilotażu. Z kolei Lubaczów zdecydował się na wydzielenie frakcji popiołu. Na razie jednak w większości polskich miast, w tym w Lublinie, chusteczki i ręczniki papierowe wciąż trafiają do zmieszanych.
Przykład Nowego Miasta nad Wartą pokazuje, jak daleko mogą posunąć się gminy w rozdrabnianiu zasad segregacji. Na papierze wygląda to jak krok ku lepszemu recyklingowi, ale w praktyce obciąża mieszkańców nowymi kosztami – od zakupu pojemników po wyższe rachunki za odbiór odpadów. Trudno też mówić o realnym zysku ekologicznym, skoro kolejne frakcje generują kolejne kursy śmieciarek, a więc większą emisję i większe wydatki.
Dobrze, że w Lublinie takich zmian jeszcze nie ma. Oby nasi radni podeszli do sprawy rozsądniej, bo segregacja powinna wspierać mieszkańców i środowisko, a nie prowadzić do nowych obciążeń w domowych budżetach.